illusionis blog

Twój nowy blog

#31

2 komentarzy
„Jakżeż jednak nie pić? Przecież picie stało się naszą higieną, każdy oszałamiał się czym mógł, jak mógł – więc ja także – i tylko próbowałem uratować coś z mojej godności zachowując w pijaństwie minę badacza, który mimo wszystko śledzi – który upija się aby śledzić. Śledziłem tedy”.
W. Gombrowicz, Pornografia, [w:] idem, Dzieła, Kraków-Wrocław 1986, t. IV, s. 42.

The Sins

2 komentarzy
Simsy to okrutna gra. Okrutna dlatego, że jej twórcy wybrali sobie z życia tylko „grywalne” elementy (zresztą, z podziwu godnym efektem), starając się jednocześnie o zachowanie statusu symulatora codzienności. Oba cele zostały spełnione, ale powstała iluzja nie napawa optymizmem. Nie ma co rozwodzić się nad konformizmem Maxis, nadrzędnym zadaniem jest przecież zdobycie Wielkiego Kapitału. Jedna tylko rzecz nie przestaje mnie dziwić. Jest nią zupełny brak targetu (a raczej: target poszerzony do granic możliwości, bo obejmujący całe moje pokolenie).
Skutek takiej strategii to, w części drugiej, zupełny brak konsekwencji zachowań bohaterów i – ściśle z nim związane – oddalenie śmierci. „Jedynka” była pod tym względem o wiele prostsza: zamiast gasić pożar, panikujesz na jego widok – giniesz w płomieniach, nie jesz – umierasz z głodu, sprzedajesz drabinkę do basenu – topisz się. W „dwójce” można, oczywiście, doprowadzić do śmierci prowadzonej postaci w każdy z tych sposobów (dochodzi zresztą jeszcze jeden, najczęstszy: śmierć ze starości), ale wystarczy odpowiedni współczynnik charyzmy, by przekonać Śmierć do pozostawienia bohatera przy życiu. Coś dla sadystów (lub konserwatystów, którzy wzbraniają się przed każdą ingerencją w naturalny tok życia) i coś dla dobrych owieczek, przywiązujących się do swoich postaci. Co ciekawe, choć charyzma pozornie wiąże się z wiedzą, w rzeczywistości zdobywa się ją poprzez ćwiczenie romantycznych póz albo wygłaszania mów przed lustrem.
Innym sposobem na uniknięcie śmierci jest dbałość o realizowanie własnych aspiracji. Punkty, które otrzymuje się w ten sposób, można wymienić na eliksir życia – pity w odpowiednich ilościach, zapewnia długowieczność. Najdroższe sprzęty, ładny dom i włączenie wolnej woli pozwalają z kolei – i tu akurat „dwójka” nie różni się szczególnie od „jedynki” – na utrzymywanie Sima w dobrym stanie właściwie bez udziału gracza.
Powierzchniowy przekaz tej gry jest – na swój prosty sposób – pozytywny: musisz zastanowić się nad tym, co jest dla ciebie najważniejsze, i konsekwentnie realizować swój cel, nie zapominając przy tym o zaspokajaniu podstawowych potrzeb życiowych. W istocie jednak presupozycja działań zarówno bohaterów, jak i gracza, który nimi steruje, brzmi mniej więcej tak: umierają wszyscy prócz bogaczy, ludzi sukcesu i tych, którzy spędzają dni na mizdrzeniu się przed lustrem. Ci w ostatecznym rozrachunku mogą wywinąć się śmierci. A najbardziej smuci fakt, że to przesłanie, i tak przecież z konieczności nieradykalne, bo zhomogenizowane do granic możliwości i skierowane do bardzo szerokiej grupy odbiorców, akceptują zgodnie wszyscy, uznając The Sims za dobrą, choć, oczywiście, niedoskonałą symulację prawdziwego życia.
Liberalizacja obyczajów w nowohuckim mieszkaniu galopuje: mama pozwala mi już palić w pokoju, choć nakazuje przy tym wychylać się za okno. Ponieważ nie działają żadne argumenty – najwidoczniej teraz tu właśnie przebiega granica – narażam życie, jak każe, i obserwuję pomarańczową łunę Śródmieścia. Trzy słupy migające na czerwono, nowy Jay Brannan w głośnikach (po cichu, bo Maks śpi za ścianą) i poczucie wykonanej misji tworzą razem bardzo ładny obrazek rodzajowy. Taki, za którym będzie można tęsknić w grudniowe wieczory na Starej Ochocie.

#30

Brak komentarzy
- „Peuh – rzekł z francuska. – Przeżywaliśmy rzeczy stokroć gorsze.
A jednak nie było to prawdą”.
S.I. Witkiewicz, Pożegnanie jesieni, Kraków 2004, s. 49.
Wracam do domu z rzędem piątek w indeksie. Ważą się losy jeszcze jednego egzaminu, ale w tunelu Warszawa-Kraków obchodzi mnie niewiele z tego, co zostawiam za sobą. Czuję się doskonale, kiedy przejeżdżam przez most, ze słuchawek słyszę, że that bridge is on fire, maszynista zapala papierosa, a w szyby pociągu uderza słońce. W dłuższej perspektywie czeka mnie czas podsumowań i krakowskich nieustających wakacji; w krótszej – szampan z Nowi i wręczenie mamie bukietu róż. See, what I’ve done!
PS: Losy się zważyły: jest 4.

#29

Brak komentarzy
„Nie próbowałem im tłumaczyć sensu filmu ani przedstawiać historycznego kontekstu wydarzeń. Szkoda na to czasu i energii. Aktorstwo to przede wszystkim praca fizyczna. Można godzinami odtwórcom ról opowiadać o filozofii, ale i tak kluczowe okaże się dla nich zdanie: «Wejdź lewą nogą z prawej strony planu»”.
M. Haneke, Korzenie nienawiści, „Newsweek” 2009, nr 47, s. 101.
Zamiast dwóch pięciozłotówek daję dziesięć złotych w starych monetach, a
nie w banknocie, kupując dwie wuzetki. Wiem, że to nieeleganckie,
ekspedientka jednak nie reaguje – przyjmuje pieniądze, a ja boję się
tylko, by nie spostrzegła później, że nie powinna była ich wziąć –
normalnie miałbym jebane, ale codziennie bywam w tej kawiarni, bo leży
najbliżej IKP-u. Potem zajmuję się czymś innym; kiedy wracam do
kawiarni, coś jest nie w porządku, tak jak się spodziewałem. Kobieta, od
której kupowałem ciastka, zwraca mi uwagę na to, ze wziąłem dwa, a nie
jedno i dwie trzecie, za które zapłaciłem. Odpowiadam coś niemiłego, ale
ostatecznie staję się współudziałowcem tej kawiarni i spędzam tam parę
miesięcy.
Ktoś oprowadza mnie i ekspedientkę po małym, ogrodzonym mieście, pełnym
starych budynków. Po drodze mijamy ludzi na pikniku, z których część
znam dzięki pracy w kawiarni; przechodzimy też obok niemieckiej
wycieczki. Jeden z Niemców patrzy na mnie przeciągłym spojrzeniem.
Kobieta, z którą idę, opowiada historię naszej kawiarenki – jak to na
początku pracowała z babcią, która po mojej pierwszej wizycie
stwierdziła, że przy takich chamach to i miesiąca nie wytrzyma. Mam
poczucie winy.
Kiedy wracamy do kawiarni, jakieś ptaki (?) robią burdel.
Później idę
do innego miejsca, w którym kiedyś już byłem, kiedy przyjechałem do
Katowic. Jedna ze ścian składa się z biało-czarnych kafelków, jest
ciemno, a wejścia do poszczególnych pomieszczeń zakrywają rolety. Widzę
stolik, przy którym siedziałem z X i kimś jeszcze – Bieńkowski, który
najwyraźniej oprowadza mnie od początku, mówi, że to on jest tym „kimś
jeszcze” i że miło, że pamiętam. Jedna z kelnerek, o chińskiej mordce,
widząc nasze mało dystyngowane zachowanie i to, że ignorujemy zamknięte roletami wejścia i wchodzimy wszędzie, gdzie chcemy, każe nam
wyjść. W kawiarni nie ma już nikogo. Staram sie ją prowokować,
pytając, czy mogę skorzystać z toalety, gdzie się znajduje i dlaczego
nie w miejscu, które wskazuję, bo wydaje mi się, że kiedyś tam była.
Kiedy ona zaczyna wbijać mi wyprostowany palec w splot słoneczny,
uderzam ją pięścią w rękę. Wtedy inna włącza alarm. Uciekam, nie
wiedząc, co dzieje się z Bieńkiem. Mijam naprędce utworzone straże
kelnerek; biegnę po schodach w górę i widzę, że w podwórku jest już
ochrona, którą jednak też udaje mi się ominąć. Moje szczęście kończy się
z chwilą, kiedy spostrzegam, że przy wejściu, w bramie stoi paru
policjantów, a na zewnątrz jest ich jeszcze więcej. Tych też wymijam,
ale po chwili wracam, wiedząc, że i tak nie uda mi się uciec. Klepię po
ramieniu stojącego policjanta, a wtedy jego kolega zamierza się i wbija
mi elektryczną pałkę w mostek. Mówię, że to nie było potrzebne,
przecież, kurwa, przyszedłem, na co on odpowiada: sorry. Na takie dictum
rzucam kąśliwy tekst dotyczący jego kwalifikacji.
Oddalamy się od bramy i wychodzimy na ulicę. Policjant, który mnie
uderzył, pyta drugiego, czy może pokazać mi nagranie z kawiarni, w której przed chwilą byłem. Są na nim różne
ciekawe, ładne ujęcia: jak ściągam z siebie słuchawki, jak gdyby był to
pas z amunicją; jak idąc, sprawiam, że gazeta jednego z gości obraca się
wokół własnej osi; jak rzucam paczką zapałek, które rozwalają się na
podłodze.
Kwestia, która nurtuje mnie w tej chwili, to to, kto jest adwokatem kawiarni. Okazuje
się, że to jakaś szycha, która zajmuje się kulturą – policjanci mówią,
że jeśli znasz celebrytów, to na pewno zrobisz u niego dyplom. I to jest
kapa, bo ja nie mam żadnego dobrego adwokata; poza tym myślę sobie, że
mógłbym współpracować z tym, o którym mówili, gdyby tylko nie był
obrońcą drugiej strony. I wtedy zaczynam się bać.
Dzisiaj w bibliotece siedział obok mnie mężczyzna. Przez długi czas nie zwracałem na niego uwagi, dzieliły nas trzy stoliki i wąskie przejście, a ja byłem zajęty, ale w pewnym momencie – kilkanaście minut przed 21, kiedy wszyscy już wyszli, a w czytelni przy dziale Europa zostało parę osób – nie dało się go nie zauważyć. Otworzył laptopa i patrząc na niego, zaczął do siebie niewyraźnie mamrotać. Spojrzałem na niego, później spojrzałem na niego po raz drugi i trzeci, za każdym razem wpatrując się coraz bardziej uporczywie – do chuja, miałem do wykonania sporo pracy, a ten kutas mi przeszkadzał. Co więcej, zupełnie nie zwracał na mnie uwagi. I kiedy już miałem wstać i tonem bibliotekarki z wieloletnim doświadczeniem rzucić zwyczajowy tekst: „przepraszam, to jest CZYTELNIA, przeszkadza mi pan”, on wybuchnął szlochem.
Później, kiedy wracałem metrem, zastanawiałem się, co sprawia, że ludzie, którzy czują się tak źle, iż nie są w stanie powstrzymać się przed płaczem w miejscu publicznym, idą do biblioteki. Przez chwilę wydało mi się to absolutnym kuriozum, powiedzmy sobie szczerze, lepiej płakać na jachcie niż w polonezie, lepiej na Rodos niż w BUW, ale później uświadomiłem sobie, że to nie takie zaskakujące. Gdybym miał jakieś kłopoty, pewnie starałbym się o nich nie myśleć i wykonywać dalej swoją pracę. I pewnie w którymś momencie nie mógłbym się powstrzymać – ogarnęłaby mnie fala znużenia i zmęczenia taką sytuacją, i zachowałbym się dokładnie jak on. Najpewniej w tym samym miejscu. I nie wiem teraz, czy bardziej powinienem się cieszyć, że takich kłopotów nie mam, czy martwić tą smutną antycypacją.
Babcia miała sporo racji, ostrzegając mnie przed warszawską
demoralizacją. Choć wykazała zbyt wiele optymizmu, mówiąc, że ZACZNĘ
ćpać i pić, prawdą okazała się jedna rzecz, o której ona w swej
prostoduszności nie wspomniała. A dziś stała się już tak dojmująca, że
plany założenia antyciotowskiej bojówki wyjdą chyba ostatecznie z planu
wyobraźni i przejdą do porządku rzeczywistości. Moja homofobia
przekroczyła wszelkie granice, mam dość irytujących warszawskich
ciot, chcę wyjść na ulicę i wystrzelać je wszystkie, patrząc, jak
naboje przebijają ich kosztowne torebeczki i wichrują trefione włosy. I
chcę tego naprawdę. Z przyjemnością powitam koniec amatorskich pokazów
mody i całego tego entourage’u; niech spłoną.
Sylwester w Berlinie byl jednym z lepszych eventów, jakie kiedykolwiek przeżyłem. Ale nie chcę o nim mówić – ujmowanie w literki biegania po Alexanderplatz, przepychania się w tłumie w Luzii czy knurzenia w mieszkanku przy Lichtenbergu byłoby sprzeniewierzeniem się całemu temu wyjazdowi.
Ale i podróż była interesującym doświadczeniem. Ruszyłem o pogańskiej godzinie z Krakowa; udało mi się zdążyć na InterRegio i zająć – jak zwykle – potrójne miejsce w wagonie, który udaje pierwszą klasę. Kiedy ruszyliśmy, słuchałem pięknych piosenek i starałem się opanować chęć natychmiastowego pójścia do łóżka – tę względną sielankę przerwał jednak postój w Katowicach. Okazało się tam, że rozjebał się PRĘDKOŚCIOMIERZ, przez co NIE MOŻEMY JECHAĆ DALEJ. Powód bardzo w stylu PKP.
Pobyt na katowickim dworcu, kiedy temperatura wynosi coś koło minus tryliarda stopni i do tego PIŹDZI, doprawdy nie jest najprzyjemniejszym doświadczeniem. Sprawdźcie sami. Podczas tej cudownej przerwy, kiedy to mam okazję podziwiać peron pierwszy w najdrobniejszych szczegółach, dzieje się jednak coś o wiele gorszego: pasażerowie zaczynają się zaprzyjaźniać. Pobyt na katowickim dworcu, kiedy temperatura wynosi coś koło minus tryliarda stopni, PIŹDZI i lesba, która DO WSZYSTKICH rzuca przez cały czas tekstem „och, no tak, Polskie Koleje Problematyczne”, zaczyna coś do ciebie mówić, przypomina już piekło. I nie wiem, jak nazwać tkwienie w takiej sytuacji przez ponad godzinę.
W końcu ruszamy – pociąg nie ma już tych wagonów na pierwszą klasę, wszystko śmierdzi, a ja siedzę naprzeciw pryszczatego chłopca, który ogląda katalog z samochodami. Po chwili rozładowuje mi się laptop, posłuszeństwa odmawia ołówek, a że po pożyczonej książce nie należy rysować długopisem, dla zabicia czasu wdaję się z chłopcem z naprzeciwka w przypadkowe rozmowy (i dowiaduję się np., że golf III jest spoko, jak należy przygotować pole przed zimą, że smutno jest dojeżdżać co tydzień z Katowic do jakiejś oddalonej o parę godzin dziury etc.). W tym czasie w przejściu pomiędzy wagonami trwa w najlepsze impreza kilku dresów, którzy piją wódkę, palą trawę i fajki i podrywają kobiety, które starają się dostać do toalety. W końcu też tam idę. Na jakąś żenującą odzywkę jednego z imprezowiczów odpowiadam „wypierdalaj” (inklinacje do nowohuckich praktyk radzenia sobie z rzeczywistością rulują), czym wzbudzam podziw – od tego momentu konsekwentnie będę nazywany „kolegą”. Po paru słowach któryś z nich zachwyca się moim głosem i skrzykuje innych – wszyscy razem wymyślają kwestie stylizowane na radiowe, które mógłbym wypowiadać, i nagrywają jedną z nich: „ja gram, ty słuchasz – radio RMF FM”. Na początku nie zgadzam się na nagrywanie, ale kiedy proponują mi fajkę, postanawiam się sprzedać, bo moje właśnie się skończyły.
Chłopcy wysiadają w Poznaniu. W dalszej części podróży nie dzieje się już nic ciekawego – głównie śpię, a pod koniec zamieniam parę słów z kobietą, która opowiada mi, że jak kiedyś jechała do Szczecina, wydawało jej się, że wsie, które mija, to już miasto, bo pierwszy raz widziała chaty z prawdziwymi dachami, a nie strzechami. Na dworcu czeka na mnie Miau; przez godzinny postój spóźniam się o parę minut na pociąg do Berlina, którym planowaliśmy jechać, idziemy więc do KFC i robimy wielkie zakupy w monopolowym. Na Ostbahnhof wiezie nas już czerwono-biały Deutsche Bahn.

  • RSS